Ja nie rozumiem – szczerze – jak facet w Polsce może nie wiedzieć co to jest spalony.

Przecież to wiedza absolutnie powszechna wśród dziesięciolatków. Tym bardziej te kilkadziesiąt lat temu, kiedy nie było za bardzo co robić, niż bawić się z chłopakami na podwórku.

Chyba, że pan profesor był po prostu nieakceptowany przez grupę. Stał na uboczu i obserwował nie rozumiejąc, co się dzieje. Zaszył się w książkach i kompleksach i tak obserwuje do dzisiaj i nadal nie rozumie?

Każdy, kto choć raz stanął na boisku, nieważne – piłkarskim, koszykarskim, czy jakimś innym, gdzie ważna jest drużyna, walka fizyczna z innymi ludźmi, wspólny cel i poczuł… nie wiem – siłę, wspólnotę, cel, zwykłą przyjemność, nawet nie z wygrywania, z grania! Każda taka osoba, wie o co w tym chodzi.

Z mniej emocjonalnej strony – wiadomo, że potrzeba przynależności jest jedną z naszych silniejszych potrzeb, zwłaszcza w dzisiejszym społeczeństwie. Kibicując jesteś razem, w dużej grupie. Nieważne – my piłkarze, my sportowcy, my Polacy, my legioniści, wiślacy, czy ktokolwiek inny. Poczucie wspólnoty, utożsamienie się z kimś ważnym. Trudno mi zrozumieć, że psycholog społeczny z tytułem profesora tego nie rozumie.

A może miałem rację i choć nie chcę być nie miły i uprawiać tutaj „onetyzmu” – może pan profesor po prostu był chłopcem do lania za młodu, źle mu się piłka kojarzy, więc stara się ją wypierać ze głowy, przybierając publicznie pozę twardziela, co go piłka nie interesuje, jak akurat w Polsce mamy Euro.

New