pomruk napisał:

> Nie bardzo chwytam nadal.

Spróbuję w niemożliwie prosty sposób:

– fizyka (najniższy poziom ogólniości, nie zawiera chemii, biologii)

– chemia (wyżsy poziom – zawiera fizykę, ale nie odwrotnie)

– biologia (zawiera fizykę i chemię, ale nie odwrotnie)

– nauki społeczne (zawiera fizykę, chemię, biologię, ale nie odwrotnie)

Rzecz jest w tym, że dopóki obracasz się w zakrezie pierwszych trzech, to nie masz kłopotu z przechodzeniem pomiędzy nimi, ale gdy problem jest gdzieś na styku z naukami społecznymi, to już jest kłopot, Jakby świat miał jakieś pęknięcie miedzy klasycznymi naukami przyrodniczymi a społecznymi.

Jeśli godzisz się, że dany problem jest uwikłany w zależności społeczne, to nie możesz organiczać się wyłącznie do widzenia sprawy po przyrodniczemu.

Tak na marginesie, to ten klasyczny podział jest do D…, ponieważ niektóre dziedziny nauk społecznych są też przyrodnicze. Taka demografia to badanie przestrzennego i czasowego rozkładu populacji gatunku homo sapiens. Gdybyśmy się wzięli za takie badania wilków, to mielibyśmy jakąś „lupugrafię”, którą uznawalibyśmy za część biologii. Etologia (przecież to dziedzina biologiczna) od niedawna już w ogóle nie bawi się w rozróżnianie człowiek-nieczłowiek i pakuje wszystkich do jednego wora.

> może namącić w głowie

Fakt, głowy są różne.

> Trochę to niejasne. Jeśli mówisz „nadmiar jonów sodowych szkodzi”, mówisz

> jezykiem chemii. Ten nadmiar będzie jednakowo szkodliwy dla zwierzęcia

> laboratoryjnego, dla człowieka w klinice, i dla człowieka „na wolności”.

Tak, ale jeśli zechcesz testować ten warunek w odwrotnym kierunku, to już nie musisz dostać takiego wyniku (jednakowo szkodliwy).

Odwołam się do przykładu z cyjankiem, bo już wiemy obaj do czego on służy, a jak wymyślę coś innego to mogą być kontrowersje.

1. Łykasz cjanek potasu… i kop w kalendarz.

2. Rozbijasz cząsteczki cyjanku na cząstki elementarne i je łykasz. I nadal żyjesz.

Można też powyższe kroki wykonać w odwrotnej kolejności.

Po prostu przy przechodzeniu z wnioskowaniami pomiędzy poziomami złożoności problemu (może to lepiej zabrzmi niż „ogólności”) nie ma symetrii. Jeśli przechodzisz pomiędzy sąsiednimi poziomami, „zniekształcenie” jest niewielkie (ryzyko błędu też), ale gdy wykonujesz skok przez kilka poziomów prawie na pewno walniesz byka.

Można też to skomentować tak, że przechodzenie od szczegółu do ogółu i odwrotnie kryje w sobie niebezpieczeństwo błędu.

> Na pewno wprowadzi dezinformację i przyczyni sie do dezorientacji,

> zamiast pomagać roztrząsać kwestie wartości „śmeciowego jedzenia”.

Masz rację, ale dezinformacja i dezorientacja już jest i była wcześniej zanim ktoś wymyślił ten argument. Cała historia zaczęła sie od tego, że powstał pewien dysonans poznawczy u masy ludzi. Stąd sie wzięły takie argumenty, że publika metodą prób i błędów zaczęła sama szukać przyczyn. Jeśli chce się sprawę „wyprostować”, to trzeba brać się za nią „po całości”.

> Jeśli przenieszesz proces przyrodniczy „na wolnosć”, nadal problemem

> bedzie po prostu to, czy nie przekraczane zostają normy. Nie widzę tu

> niczego, co wykraczałoby poza nauki przyrodnicze!!!

„Na wolności” nie masz efektywnej kontroli parametrów „eksperymentu” i środowiska w jakim zachodzi. „Na wolności” wiele rzeczy dzieje się losowo dla obserwatora, ponieważ nie zna on wszystkich działających czynników, a nawet wśród znanych są nieprzewidywalne (zależą od decyzji).

Co do samych norm, to mogę przyjąć zakład, że będą stale przekraczane. Konsumenci będą sobie sabi określać dopuszczalne dawki, producenci też, a dodatkowo będą też kombinować z jakością, sprzedawcy z terminami przydatności do spożycia itd. Gdybyś wymyślił panaceum na wszelkie dolegliwości, to i tak znalazłoby się sporo ludzi, którzy użyliby go w sposób powodujący szkody na zdrowiu. Świat jest pełen ludzi, którzy dwukropek piszą poziomo a wentylator na procesorze montują wiercąc wiertarką dziury w płycie głównej. W wysoko rozwiniętych krajach duży odsetek ludności nie potrafi dobrze pisać i czytać (jak to sie mówi: ze zrozumieniem). Niedawno okazało się, że w takich „porządnych” Niemczech jest ich ok. 20% – że u nas nie lepiej to wiadomo już od dawna.

Co z tego, że producent dokładnie opisze produkt (jak podał Nikodem), jeśli spora część nabywców w ogóle nie załapie o co chodzi, inni oleją ostrzeżenia lub źle zobaczą, a ci którzy dokładnie sprawdzą i zrozumieją zostaną „nabici w butelkę” przez niesolidnego producenta (zanieczyszczenia, nieprzestrzeganie norm dawkowania itd.). Real to nie szpital, w którym wszystko jest pod kontrolą, z jakością „surowców” włącznie. Szpitale ratują ludzi nie tylko dlatego, że tam pracują fachowcy, ale również dlatego, że izolując chorych są w stanie narzucić im pewną dyscyplinę zachowań.

> Powiem, ze nie bardzo sobie wyobrażam przedawkowania. Jak by to

> miało właściwie wyglądać? Że wleję komuś w żyłę 8 opakowań roztworu

> glukozy zamiast dwu? W praktyce zupełnie nierealne. Zwrócę uwagę, ze

> wiele osób w ciężkim stanie jest odżywianych tak przez bliskich.

Tym się różni sytuacja kontrolowana od „wolnościowej”, że uczestnicy tej pierwszej mają określone kompetencje i zachowują dyscyplinę. Jak nie przypilnujesz dostatecznie dziecka, to Ci wypije całą butelkę syropu, bo „był dobry” i wyląduje w szpitalu. Wyobrażasz sobie, że w sklepach spożywczych wprowadzić się da reglamentację artykułów żywnościowych ze względów zdrowotnych? A może liczysz na wprowadzenie do szkół przedmiotu „jak bezpiecznie jeść”?

Kto kontroluje „stosowanie czegokolwiek” w sklepach? Księgowi czy lekarze?

> Przepraszam, ale biochemia czy toksykologia doskonale opisuje skutki użycia

> „złych dawek” w „praktyce społecznej”. I normą jest np. nieoddawanie w ręce

> „zwykłych ludzi” substancji, które stają sie toksyczne po np. czterokrotnym

> przekroczeniu dawki.

Więc widzisz, ze ktoś już wpadł na to, że trzeba uważać, bo ludziska bez reglamentacji „się pozabijają”. Sprzedawca ze spożywczego z rozkoszą sprzeda Ci 5 opakowań i spyta dlaczego tylko tyle.

Pomruku, rozmawiamy o żywnosci, a nie o medykamentach. Jeśli przerzucisz odpowiedzialność za nieprawidłowe stosowanie na konsumentów i producentów, to skutek będzie wiecej niż opłakany. I po pewnym czasie nikogo nie będą interesowały naukowe argumenty o nieszkodliwości „chemii”, może poza organami ścigania. Jeśli chcesz, żeby „chemia” była w obiegu gospodarczym, to musisz stworzyć system efektywnej reglamentacji sprzedaży. Taka jest „logika społeczna” – liczy się nie racja, lecz możliwość jej realizacji w konkretnych warunkach społecznych. Konkretne rozwiązanie nie musi być słuszne, ale musi być skuteczne.

New