bleman napisał:

> Tak jak jestem przeciwnikiem „socjalizmu”, tak niestety widzę, że jedynym remed

> ium na niską dzietność jest pewna doza socjalizmu.

To jest nas dwóch, pod warunkiem, że pod socjalizmem lub „socjalizmem” rozumiesz socjalność. Poziom wykształcenia kobiet i „bogobojność” populacji nie są przyczynami pierwotnymi, lecz efektem towarzyszącym przemianom systemu społeczno-ekonomicznego (z naciskiem na ten ostatni człon).

> Czyli gęsta sieć tanich żłobków, opiekunek, przedszkoli i innych miejsc w który

> ch dziecko może przebywać cały dzień.

Moim zdaniem, to jest tylko półśrodek będący wynikiem „zgniłego kompromisu” pomiędzy warunkami koniecznymi dla wyższej rozrodczości a żądaniami gospodarki. Poza tym jest to półśrodek, którego skuteczność jest mocno ograniczona, jeśli nie będzie mu towarzyszyć szerag innych pociągnięć, któe na razie u nas „się w głowach nie mieszczą”.

> W związku z tym powinno się konstruować systemy ulg lub wsparcia dla tych grup

> (szczególnie dla klasy średniej). W przypadku klas niższych, powinno się ich zn

> iechęcać do posiania dużej liczby dzieci,

To popatrz sobie na strukturę ilościową tych wszystkich klas i zobaczysz nieskuteczność tej metody.

> Dzięki temu może udałoby się zwiększyć tępo i skalę awansu takich

> młodych ludzi do klasy średniej, a przez to stawaliby się atrakcyjnym

> materiałem na rodziców.

Płonne nadzieje, ponieważ skala awasu społecznego nie zależy wyłącznie od poziomu wykształcenia i sposobu wychowania. O awansie decyduje fizyczne istnienie określonych ról społecznych do objęcia (z wakatami – prezydent jest tylko jeden).
New